A Irlandia podobno jest taka zielona…czyli naszej podróży ciąg dalszy. Półwysep Dingle, Gap of Dunloe i Killarney.

W poprzednim wpisie obiecałam Wam prawdopodobnie najbardziej irlandzkie z irlandzkich widoki: i jestem pewna, że się nie zawiedziecie. Bez zbędnego przedłużania: przed Wami część druga naszej relacji z podróży do Irlandii. Jedziemy!

Dzień 2: Półwysep Dingle (Slea Head Drive) i Gap of Dunloe

Dzień zaczynamy, jak zwykle, w Killarney. Przejazd do pierwszego punktu na naszej trasie, Inch Beach, zajmuje nam około 50 minut. Inch Beach to szeroka i długa na 5 kilometrów, piaszczysta plaża. W sezonie jest to mekka serferów, jednak podczas naszej wizyty (czerwiec) raczej świeci pustkami: nie zobaczycie tam nikogo na deskach, brzegiem przechadza się tylko kilkoro spacerowiczów.

Jeżeli nie jesteście wielkimi fanami spacerów po plaży, zapewne szybko zechcecie jechać dalej. Kolejny punkt na naszej trasie to An Daingean – zatrzymujemy się tutaj tylko na chwilę, aby odwiedzić biuro turystyczne. Na spacer po miasteczku (i obiad) wrócimy jeszcze po południu, a tymczasem, korzystając z pogody, wybieramy się w dalszą drogę. Następny dłuższy przystanek to The Famine Cottages, czyli malutki skansen, który dostarczy Wam wiedzy na temat warunków życia Irlandczyków podczas okresu zwanego Wielkim głodem (“Great Famine“). Zanim przejdziemy dalej, zapraszam Was na krótką lekcję historii…

Klęska głodu dotknęła Irlandię w XIX wieku, a spowodowana była rozprzestrzenianiem się zarazy, która masowo niszczyła uprawy ziemniaków. Zapytacie pewnie: no dobra, nie było ziemniaków, ale czy samymi ziemniakami Irlandczycy żyli? Odpowiedź brzmi: większość z nich niestety tak. Większość mieszkańców wyspy była na tyle uboga, że ziemniaki były jedynym produktem, na jaki mogli sobie pozwolić. Ich brak oznaczał więc głód dla milionów obywateli. Poza kartofliskami, Irlandia porośnięta była także zbożami i zielonymi pastwiskami, na których wypasano bydło: problemem nie był zatem brak żywności, ale jej ceny. Znaczna część zbóż przeznaczona była na eksport – podobno w czasie całego kryzysu, kiedy miliony Irlandzczyków umierało w swoich domach z głodu, z wyspy odpłynęło ponad milion ton przenicy.

Kiedy do zjedzenia pozostała już tylko trawa, wycieńczonych wielomiesięcznym głodem ludzi zaczęły prześladować choroby: biegunki, tyfus, czerwonka. Zwłoki chowano bez trumien, w płytkich grobach, a żerujące na nich szczury tylko przyspieszały rozprzestrzenianie się chorób. Szacuje się, że trwający 4 lata okres Wielkiego głodu doprowadził do śmierci miliona osób, a kolejny milion zmuszony został do emigracji (głównie do USA).

Pobyt w chatkach nastroił nas dosyć pesymistycznie. Sytuację na szczęście uratowały pasące się zaraz obok…owce i osiołki 😉 Przy wejściu, od Pana sprzedającego bilety, dostaliśmy także miseczkę z karmą dla tych przesympatycznych zwierząt. Spędziliśmy mnóstwo czasu na ich karmieniu i sesji fotograficznej…i już w domu okazało się, że nie mam ani jednego zdjęcia chatek 😉 Mam za to mnóstwo fot osiołków i owiec – cóż, trzeba mieć w życiu jakieś priorytety.. 😉

Po wizycie w skansenie przyszedł czas na prawdopodobnie najpiękniejszą część Slea Head Drive. Co chwilę zatrzymujemy się na zdjęcia: widoki zapierają dech w piersiach! Warto dodać, że zawdzięczamy to także przepięknej pogodzie, która była dla nas niezwykle łaskawa podczas tej podróży. Błękitne niebo i zielone pastwiska tworzą niesamowity kolorystycznie duet…

Około 13:30 docieramy do Coumeenoole Beach i Dunmore Head. Nie da się ukryć, że nie tylko my postanowiliśmy skorzystać z pięknej pogody: na pobliskim parkingu nie ma już praktycznie miejsc. A bez wątpienia jest tutaj co podziwiać: miejsce jest niesamowicie pięknie. Zobaczcie sami:

Z godziny na godzinę pogoda zaskakuje nas coraz bardziej: słońce nie zamierza się chować, a zimny wiatr ustępuje. Powoduje to, że spędzamy tam mnóstwo czasu: dużo więcej, niż planowaliśmy. Przechadzamy się po zielonych pagórkach, robimy zdjęcia, kręcimy filmy i w końcu też po prostu siadamy i podziwiamy krajobrazy. Dopiero około 15:30 postanawiamy udać się w dalszą drogę. Ponieważ czas trochę goni, a zależy nam na zobaczeniu Gap of Dunloe, resztę Slea Head Drive traktujemy raczej po macoszemu: zatrzymujemy się tam, gdzie krajobraz nie pozwala nam przejechać obojętnie, ale są to tylko krótkie przystanki fotograficzne.

Około 17:00 docieramy ponownie do miasteczka An Daingean, gdzie jemy szybki obiad w restauracji Sheehy’s Anchor Down Restaurant. Zaliczamy tam także słynne lody Murphy’s Ice Cream i krótki spacer po mieście, po czym kierujemy się w drogę powrotną do Killarney.

Do początku trasy widokowej Gap of Dunloe docieramy dopiero około 20. Jak nietrudno się domyślić, droga o tej porze jest całkowicie pusta (po drodze mijamy tylko 2 samochody). Kiedy tak mkniemy serpentyną pnącą się raz w górę, raz w dół, rozmawiamy o tym, że sceneria ta idealnie nadawałaby się do nakręcenia dobrego horroru. Sami wiecie, takiego w stylu: kilkoro turystów wybiera się na przejażdzkę, a po zmroku, pośrodku niczego, psuje im się samochód 😉 Gap of Dunloe to przełęcz oddzielająca łańcuch górski Macgillycuddy’s Reeks od tzw. Purple Mountain. Cała trasa widokowa ma około 11 kilometrów. Pamiętajcie, że droga, chociaż asfaltowa, jest niesamowicie wąska: decydując się na pokonanie jej w środku dnia, weźcie pod uwagę, że dosyć często będziecie mijać się tam z innymi samochodami i bryczkami – z tego też powodu polecam wykupienie pełnego ubezpieczenia dla Waszego samochodu. Na forach internetowych znajdziecie kilka wpisów niezadowolonych podróżników, którym bryczki niestety zarysowały auto.

Dzień 3: Ross Castle, Muckross House&Abbey oraz Dinis Cottage

Dzień trzeci zaczynamy od tego, co tygryski lubią najbardziej: czyli tradycyjnego Irish breakfast! To zdecydowanie numer 1 na naszej śniadaniowej liście: nie dla nas francuskie croissanty i włoskie suchary 😉 Irlandzkie śniadanie w zasadzie niewiele różni się od tego znanego na całym świecie pod szyldem “English breakfast” i składa się z: bekonu, kiełbasek, black&white pudding (czyli czegoś, co smakuje jak nasza kaszanka), jajka sadzonego i (w naszym wydaniu) fasolki w sosie pomidorowym. Do tego chleb tostowy i niesamowicie pyszny, irlandzki soda bread (chleb wypiekany z dodatkiem maślanki i sody). Całość dopełniamy kawą i voila! Możecie być pewni, że po takim śniadanku szybko nie zgłodniejecie!

Zadowoleni, klepiąc się po brzuchach, wyruszamy na podbój Zamku Ross. Na miejscu dowiadujemy się, że zwiedzanie wnętrza zamku możliwe jest tylko z przewodnikiem i zajmuje około godziny (bilet dla dorosłych kosztuje 5 euro, więcej informacji tutaj). Z braku czasu zadowalamy się więc jedynie podziwianiem go z zewnątrz. Margaret, nasz host oferujący pokoje na Airbnb, polecała nam także rejs na wysepkę Innisfallen – nam niestety zabrakło czasu, ale może Wy zechcecie się tam wybrać? Łodzie odpływają z przystani znajdującej się na tyłach Zamku Ross, a rejs trwa około 10 minut.

Kolejny punkt na naszej trasie to Muckross House i Muckross Abbey: obydwa położone na terenie Parku Narodowego w Killarney. Muckross House, pałac w stylu wiktoriańskim, to jedna z czołowych atrakcji Killarney: da się to odczuć po ilości przybywających tu turystów. Nie za bardzo mamy ochotę na zwiedzanie wnętrz pałacu (które możliwe jest również tylko z przewodnikiem), wolimy spędzić jeszcze trochę czasu na łonie natury, dlatego udajemy się na spacer po ogrodach i lasach otaczających Muckross House. Zaliczamy także wizytę w Opactwie Muckross: budynek jest pozbawiony dachu, jednak poza tym został dosyć dobrze zachowany.

Przedostatni przystanek naszej podróży to Dinis Cottage. Szlak do tego urokliwego miejsca zaczyna się na malutkim parkingu, kilkaset metrów dalej niż parking wodospadu Torc. Zostawiamy tam samochód i w dalszą drogę udajemy się już pieszo. Jak głosi znak przy wejściu, Dinis Cottage znajduje się w odległości “15 minute walk” – trzeba przyznać, że musiałby to być bardzo szybki spacer.. 😉 Nam pokonanie szlaku zajmuje około 25 minut. Dinis Cottage to malutka kawiarnia, w której napijecie się herbaty lub kawy i zjecie kawałek szarlotki. My zamawiamy dwie herbaty i zajmujemy miejsce przy stolikach na zewnątrz: z pięknym widokiem na jezioro.

W drodze powrotnej jeszcze na chwilkę schodzimy ze szlaku, aby zobaczyć Old Weir Bridge: dojście tam zajmuje dodatkowe 5 minut.

Nasza irlandzka przygoda powoli dobiega końca: jest już po 15, więc kierujemy się do centrum Killarney, gdzie mamy zamiar jeszcze zjeść obiad, aby przed 17 udać się w stronę lotniska. Powrót do rzeczywistości zaplanowany jest przecież na 19…

Dziękuję Wam, drodzy czytelnicy, że wybraliście się ze mną w tę podróż jeszcze raz – nie ukrywam, że powrót do wspomnień z czerwca 2019 wywołał uśmiech na mojej twarzy. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do wyprawy w te rejony! Koniecznie dajcie mi znać, czy Irlandia trafiła w Wasze gusta: wolelibyście wygrać bilety do Kerry, czy jednak…na słoneczną Fuerteventurę? 😉

Mogą Ci się spodobać