A Irlandia podobno jest taka zielona…czyli jak zagospodarować 2,5 dnia w hrabstwie Kerry, by się o tym przekonać!

Ci z Was, którzy chociaż trochę mnie znają, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że o kolejnym celu mojej podróży często decyduje…łaska Ryanaira. Jeżeli znacie mnie odrobnię lepiej, pewnie wiecie też, że nigdy nie kupuję lotów po Europie droższych niż 50 euro (round trip) za osobę. Kolejnym kryterium do spełnienia jest możliwość spędzenia czasu na łonie natury: niezbyt kręcą mnie miasta (oczywiście jest kilka wyjątków od tej reguły), dlatego przed kupieniem biletów zawsze przeszukuję Wujka Google w poszukiwaniu parków narodowych, tras widokowych i malowniczych trekkingów w miejscu docelowym.

I tak było właśnie w tym przypadku: podczas jednego z codziennych przeglądów kalendarza niskich cen Ryanaira udało mi się znaleźć bilety do Kerry w odpowiedniej cenie. Wcześniej raczej nie rozważaliśmy podróży w te rejony, ale szybki research zdradził, że na miejscu czekają na nas dwie niesamowite trasy widokowe: przez wielu nazywane esencją Irlandii. Długo nie trzeba było nas przekonywać: w ciągu kilku minut bilety pojawiły się na mojej skrzynce, a my mogliśmy rozpocząć odliczanie dni pozostałych do kolejnej przygody!

Praktycznie od razu przystąpiłam do organizowania naszej krótkiej podróży: zarysowałam wstępny plan, zarezerwowałam nocleg i samochód, po czym o całym przedsięwzięciu zapomniałam. Aż do dnia wylotu.

Już na lotnisku okazało się, że nie mam przy sobie planu naszej wycieczki – okazało się, że zamiast w Google Docs (jak to zazwyczaj czynię), rozpisałam go w Wordzie i zapisałam na pulpicie, w związku z czym nie miałam do niego dostępu online. Laptop również został w domu…pozostała więc improwizacja i stworzenie planu na nowo, już po przylocie do Kerry – co w sumie wyszło nam na dobre. Pierwotny, bardzo optymistyczny plan zakładał jednodniową wycieczkę do Cliffs of Moher. Po pierwszym dniu, spędzonym na Ring of Kerry, zadecydowaliśmy jednak, że nie ma sensu pędzić tam za wszelką cenę i lepiej skupić się samym hrabstwie Kerry, a Klify Moheru odłożyć na kolejny trip. Plan, którym się z Wami dzielę, jest więc sposobem na spędzenie 2,5 dnia w okolicach Killarney, w otoczeniu pięknych okoliczności przyrody. Korzystajcie i inspirujcie się do woli!

Dzień 0: przylot

Nasza podróż odbyła się w terminie 16-19 czerwca, teoretycznie więc trwała troszkę dłużej, będę jednak mówić o niej w kategoriach podróży 2,5-dniowej, ponieważ:

a) w niedzielę, 16 czerwca, wylądowaliśmy w Irlandii około godziny 16:30, a u naszego hosta zameldowaliśmy się dopiero po 18. Jak się pewnie domyślacie, czasu starczyło nam tylko na krótki spacer po Killarney i pierwszy, prawdziwie irlandzki obiad;

b) w środę, 19 czerwca, już przed 17 musieliśmy kierować się na lotnisko, aby zdążyć na lot o 19 – dlatego też na zwiedzanie mieliśmy tylko pół dnia.

Z informacji dodatkowych: naszą bazą wypadową jest miasteczko Killarney, położone w odległości około 17 kilometrów od portu lotniczego Kerry. Każdy dzień zaczyna i kończy się dla nas właśnie tam.

Dzień 1: Ring of Kerry

Zwiedzanie najbardziej popularnej atrakcji turystycznej hrabstwa Kerry: Ring of Kerry rozpoczynamy od wodospadu Torc położonego w Parku Narodowym Killarney. Kiedy pojawiamy się tam około 9 rano, na parkingu oprócz nas nie ma praktycznie nikogo. Przed wejściem zapoznajemy się z mapą: do wyboru mamy kilka szlaków – czerwony (3,5 km), żółty (1,5 km) i niebieski (2,5 km), w zależności od tego, jakim czasem dysponujemy. My, zważywszy na jego brak, decydujemy się na najkrótszy z nich. Więcej informacji i szczegółowy opis szlaków znajdziecie na oficjalnej stronie internetowej Parku Narodowego Killarney.

Sam wodospad (o wysokości 18 metrów) znajduje się w odległości około 200 metrów od wejścia na szlak – sporo osób po dotarciu do niego i zrobieniu zdjęcia zawraca na parking, aby szybko udać się w dalszą drogę. Ja jednak zachęcam Was do przejścia chociażby najkrótszym ze szlaków, bo klimat tego miejsca jest niesamowity! Już od pierwszych kroków zachwyciła mnie soczysta zieleń, wszechobecny mech, pnący się po drzewach gęsty bluszcz i zapach lasu po deszczu – czego chcieć więcej?

Według oficjalnych informacji żółty szlak ma długość 1,5 kilometra i jego przejście zajmuje około 40 minut. Nam jego pokonanie zajęło około 1,5 godziny – ze względu na liczne przystanki fotograficzne. Na parkingu pojawiamy się więc o 10:30 – o tej godzinie parking jest już pełny, oprócz samochodów osobowych znajdziecie tam także autokary wycieczkowe. Jeżeli chcecie cieszyć się tym miejscem w absolutnej ciszy i samotności, bądźcie na szlaku najpóźniej o 9!

Kolejny cel na trasie to Ladies View – punkt widokowy nazwany tak na cześć dam dworu Królowej Wiktorii, które zachwyciły się widokiem na jeziora podczas jednej z wizyt królowej w Killarney.

Kolejne przystanki to Castlecove Beach oraz Reen Beach (na mapie znajdziecie ją pod nazwą “Unnamed Road”). Podczas gdy pierwsza z nich figuruje praktycznie na każdej liście typu “Top 10 plaż w Irlandii”, o drugiej informacji jest jak na lekarstwo – aby do niej dotrzeć skręcamy w polną, gęsto zarośniętą dróżkę. Obdywie plaże są piękne, jednak to Reen Beach skradła moje serce – jeżeli lubicie plaże ukryte przed światem, na których nie spotkacie innego człowieka: jestem pewna, że skradnie także i Wasze!

Po krótkim pobycie na Reen Beach mkniemy w stronę Derrynane Beach. Jest to bez wątpienia jedna z najpiękniejszych plaż w Irlandii! Piaszczysta, szeroka, otoczona wydmami porośniętymi soczyście zielonymi trawami…z resztą, zobaczcie sami!

W Waterville – sennym, nadmorskim miasteczku zatrzymujemy się głównie z bardzo przyziemego powodu: nasze żołądki powolutku dają o sobie znać. Wybór pada na restaurację The Lobster – jemy tam bardzo przyzwoite fish&chips. Z pełnymi brzuchami udajemy się na krótki spacer brzegiem morza, podczas którego dowiadujemy się, z czego słynie to miasto: niegdyś była to ulubiona miejscówka Charliego Chaplina. Aby uczcić jego pamięć, władze miasta nie tylko wybudowały mu pomnik w samym centrum, ale również poświęciły mu organizowany co roku festiwal: Charlie Chaplin Comedy Film Festival.

Do głównego punktu naszej wycieczki – Cliffs of Kerry, docieramy już późnym popołudniem. Jest to pierwsza (i jedyna) płatna atrakcja, którą odwiedzamy tego dnia: za wstęp płacimy 4€ za osobę.

Klify Kerry w każdym przewodniku przedstawiane są jako świetna alternatywa dla Cliffs of Moher. Są wyższe od Klifów Moheru (300m/214m) i bez wątpienia mniej zatłoczone. Nie sądzę jednak, że można rozpatrywać je jako “alternatywę” – Cliffs of Kerry bez wątpienia robią wrażenie, jednak nie bez powodu Klify Moheru uważane są za jedne z najpiękniejszych na świecie.

Dzień kończymy na wysepce Valentia – udajemy się tam głównie z myślą o odwiedzeniu latarni morskiej. Na miejscu okazuje się jednak, że latarnia zamknięta jest już od dobrych 2 godzin, zadowalamy się więc zrobieniem kilku jej zdjęć z zewnątrz oraz objazdem wyspy, który zajmuje nam około 30 minut: Valentia jest naprawdę mała!

Pierwszy dzień za nami: Ring of Kerry stanowczo rozpalił w nas chęć na więcej! Przed nami jeszcze 1,5 dnia, podczas których będziemy mogli cieszyć się podobnymi widokami. Planem na drugi i trzeci dzień, z uwagi na obszerność materiału, podzielę się z Wami w kolejnym wpisie. Szykujcie się na najbardziej irlandzkie z irlandzkich widoków, czyli Półwysep Dingle!

P.S. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze: czy mieliście już okazję odwiedzić ten rejon Irlandii? Zwiedziliście Ring of Kerry, czy może dopiero macie taki zamiar? Co dodalibyście do naszej trasy?

Mogą Ci się spodobać